„Dotyk Crossa” (seria) – Sylvia Day

dotyk-crossa-tom-1-b-iext19218006Witam wszystkich (podobno „witam” nie jest do końca grzeczne, ale póki nie znajdę dobrego, społecznie przyjętego odpowiednika, będę używać tego słowa ;)) po długiej nieobecności na blogu!

Dziura w dodawaniu wpisów spowodowana była głównie ciągłymi egzaminami, ale f*ck it, zaliczone i do października wolne :D. Drugi powód był taki, że wzięłam się za Crossa. To znaczy za czytanie, nie chcę dwuznaczności ;) Cztery części po 300-400 stron chwilę zajmuje, zwłaszcza, że dwie pierwsze wręcz pożarłam, za to przy trzeciej miałam pewne przestoje, a już przy czwartej ogromne przystanki.

Tak więc przeczytałam i chcę ocenić. Czy aby na pewno mogę? Nie do końca jestem tego taka pewna. Mam niesamowicie mieszane uczucia co do tej serii. Pierwszą część przeczytałam na komputerze (najgorsze dla mnie katusze) i łyknęłam ją od razu, dlatego zdecydowałam się na zakup, przy moim aktualnie niemożliwie ograniczonym budżecie kwota 60 zł, była naprawdę poważnym wydatkiem, jeżeli chodzi o książki. Jednak zastanawiam się czy je zatrzymam, czy może odsprzedam. Pierwsze, co mnie uderzyło to zaskakujące podobieństwo do „50 twarzy Grey’a”. Jednak na jednym z forum internetowych zostałam poprawiona, jako, że Szary wyszedł później niż Cross. No więc siedzę i grzebię i moim pięknym oczom ukazują się fakty, iż „Fifty shades of Grey” wydane zostało w 2011 (oryginał), natomiast powieść o Gideonie w kwietniu 2012 roku. Jednak sama już nie wiem co myśleć, może wy macie pewne informacje na ten temat? Niestety trochę spędziłam czasu, żeby wyszperać jakieś info, ale wszędzie coś innego, na dodatek niektóre osoby twierdzą, że to, co mówią, jest potwierdzone w 100%. Czytałam jednak wiele opinii, jako, że „Cross jest tym, czym miał być Grey” i myślę, że właśnie tak było. Mam nadzieję, że nie zostanę zlinczowana, jeżeli się mylę. Ciocia wikipedia również potwierdza, jakoby Cross był inspiracją dla Grey’a.

No więc co mogę powiedzieć, jak wcześniej wspomniałam dwie pierwsze części dosłownie mnie wciągnęły, kolejne dwie dużo mniej, ale mimo wszystko cała seria jest chwytliwa i miło się czyta. Po pierwsze język, będę się często posługiwać do porównania przykładem Szarego, no więc tutaj jest o niebo lepszy, nie ma powtórzeń, przynajmniej zauważalnych, wszystko pisane łatwo i przyjemnie, jednocześnie poprawnie, dla mnie jest to niewiarygodnie ważne. Jeżeli chodzi o język, jeżeli ktoś ma problem ze stosowaniem wulgaryzmów w książkach: niech nie czyta tego, zdecydowanie. Sceny seksu opisane są dobitnie, dużo bardziej agresywnie niż działo się to w przypadku „Fifty shades”, przykładowo słowo „członek” jest tu w tak wielu różnych odmianach i tak wiele jest użytych jego synonimów, że czasami aż kręci się w głowie (osobiście lubię to, dosłownie, bez zbędnego owijania w bawełnę, chociaż nierzadko miałam wrażenie, że czytam jakiś pamiętnik, a nie utwór pisarki z prawdziwego zdarzenia).

Autorka stworzyła powieść bardzo seksowną, a jednocześnie z fabułą, co za często się nie zdarza. Historia Evy i Gideona, mimo ich wielkiego uczucia, pożądania i pociągu do przyjemności pokazuje również coś więcej, a nie tylko wiążące ich relacje. Trammel spełnia się w reklamie, użera się z nadopiekuńczą matką a także przeszłością ofiary molestowania i gwałtu. Od ojca dzieli ją wiele kilometrów, a najlepszy przyjaciel miał równie wielkie problemy co ona sama. Podobnie jest z samym Crossem, wiele kobiet, dużo seksu, zero miłości, a także przeszłość przed którą ucieka i która w tak znacznym stopniu ukształtowała jego charakter i potrzebę dominacji.

Jest to historia, która tak naprawdę może się przydarzyć każdemu z nas. Dlatego jest tak bardzo atrakcyjna. Z drugiej strony miałam czasem wrażenie, że „możliwości” głównego bohatera są dość mocno przerysowane, ponieważ ciągły seks przez paręnaście godzin, ejakulacja po ejakulacji i tym podobne były trochę nad wyraz niesamowite. Podejrzewam, że nawet robot by wysiadł po takim czasie ;). Nie neguję faktu, iż zdarzają się mężczyźni z podobną wytrzymałością i nie mówię, że musi się to zawsze kończyć na jednym stosunku, jednak nastolatki czytające tę powieść mogą mieć troszeczkę skrzywiony pogląd na seks. Wiadomo, nie jest tak, że 20 minut i tyle, ale 10 godzin non stop z ciągłymi wytryskami to chyba lekka przesada, nawet jak na książkę xD.

Jezeli chodzi o klimat, zdecydowanie charakterystyczny dla tego rodzaju powieści. Facet mroczny, niebezpieczny, generalnie seksmaszyna, kobieta piękna, lecz zdecydowana (co mi się szczególnie podobało, nie zrobiono z niej sierotki) a uczucie między nimi wybuchające z siłą bomby atomowej przeradza się w miłość na wieku, która przetrwa wszystkie przeszkody.
Historia jest dość „szorstka” emocjonalnie. Główni bohaterowie napotykają wiele problemów, jednak co jest godne podziwu ich związek ewoluuje w zaskakującym tempie, którego tylko można pozazdrościć. Pokazuje też, że niewiarygodnie ważna w związku jest niezależność, która drugiej osobie może na pozór nie odpowiadać, jednak w rzeczywistości jest ona nad wyraz ważna i bez niej żaden związek nie może przetrwać. Jest tak, ponieważ kiedy sami nie jesteśmy szczęśliwi ze sobą, nie możemy uszczęśliwić tej drugiej osoby, choćbyśmy poświęcili jej całe życie, tak naprawdę mamy coraz mniej do zaoferowania. Jest to podejście, które trzeba mieć od początku, bo kiedy już stracimy swoją utonomię, proces jej odzyskania jest tak mozolny, niezwykle trudny i długotrwały, że nawet odchudzanie się z tym równać nie może ;). Wiem, bo niestety sama mam z tym problem i jestem w czasie jednego i drugiego, zdecydowanie nie polecam i teraz już wiem, że lepiej jest zapobiegać niż zwalczać. Później trzeba włożyć w to tyle siły, że resztki szacunku do samego siebie, które nam zostają ciężko mają sobie z tym poradzić.

Co do formy. Trzy pierwsze części to relacja z życia samej Evy Trammel, czwarta natomiast to przeplatanka myśli głównej bohaterki i Gideona. Z tym miałam problem, z jednej strony podobało mi się, że ukazuje się nam sytuacja z punktu widzenia Crossa, z drugiej miałam wrażenie, że autorka nie wyciągnęła z jego postaci wszystkiego. Można mieć odczucie, że to, co mówi bohater jest bardzo podobne do punktu widzenia Evy, z uwzględnionymi podstawowymi zmianami. Nie jest on tak oryginalny jak mógłby, co mocno mi przeszkadzało i utrudniało ukończenie książki. Po prostu widać, że Sylvia Day nie weszła w jego kreację w 100% i jest on niestety czasem nudnawy i nie da się wejść w tą postać, tak, jak to się robi podczas czytania innych powieści.

Wszystko dobrze, ale dlaczego te dwie kolejne części tak mi się ciągnęły w porównaniu z pierwszymi? Chyba jedyna odpowiedź to fakt, że uwielbiam wątki humorystyczne w książkach, nieważne jakich, kryminałach, romansach, horrorach, nieważne. Tutaj one były, zwłaszcza przyjaciela Evy, Carrego szczególnie polubiłam właśnie za ten wyważony humor, później….wyschło. Humoru nie było, tylko seks i kłopoty, ciągła spina, a nie oszukujmy się, takie książki czyta się jedynie po to, żeby się odprężyć. Powieść zdecydowanie wprowadza w klimatyczny świat, jednak ciągła powaga nie „zrobiła jej dobrze”.

Tak więc, jak powiedziałam na początku, za cholerę nie wiem co mam myśleć, mam niezwykle mieszane uczucia. Jednak na pewno jest to seria przyjemna, dość inteligentna o dziwo, bo porusza niezwykle ważne problemy w życiu człowieka i pokazuje, jakie mają odbicie w naszym przyszłym egzystowaniu. Jeżeli chce ktoś przeczytać, to dwie pierwsze polecam w 100%, czyta się świetnie, kolejne dwie niekoniecznie, chociaż nie żałuję, że zabrałam się również za nie.

Podstawowe pytanie: Grey czy Cross?
Odpowiedź: Cholera wie.

Jakie są wasze odczucia? Czytaliście obie, jedną, czy żadnej? Chętnie się dowiem, jakie są wasze wrażenia :).
Teraz będę pisać coś częściej, w najbliższym czasie nie planuję się zabierać za żaden cykl, więc będę w pobliżu, czekajcie na następny wpis ! :D Miłego, pięknego, słonecznego dnia.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.